Posłuchajcie...
Obudziła mnie kłótnia. Niepewnie otworzyłam oczy i rozejrzałam się wokoło. Leżałam za beżową zasłoną na drewnianym łóżku. Zza zasłony usłyszałam gniewny głos mojego przyjaciela- Colina.
- Nie możesz tego zrobić! Z całym szacunkiem ale to głupota!- Drugi głos był zimny i oficjalny, nie miałam wątpliwości do kogo należy.
- Myślę, że należy mi się trochę więcej szacunku od zwykłego Ucznia... - Odrzekła Mae.
- Nie rozumie pani camine* ona nigdy nie... - Zaczął ale kapłanka wody przerwała mu brutalnie.
- Nie! To ty nie rozumiesz! - Wykrzyknęła a Colin zamarł. - Ona musi udać się tam udać. To jedyny sposób. Musisz się z tym pogodzić Uczniu...
- A... A nie mogę chociaż udać się razem z nią?
- Masz co innego do roboty, a ona nie jest już małą dziewczynką. Naprawdę sądzisz że co się stanie?- Mae traciła swoją kruchą cierpliwość.
- Ale to moja przyjaciółka... Co jak...- Colin urwał.
- Gdybyś był jej przyjacielem miałbyś więcej do niej zaufania... - Głos Mae był cichy i chłodny.
- A co ty możesz o tym wiedzieć? - Nie przypuszczałam, że Colin może być aż tak wściekły. Zawsze spokojny i opanowany... Co się działo? Usłyszałam szybkie kroki i trzask drzwi. Wyszedł. Kapłanka cicho westchnęła. Potem przestałam nasłuchiwać i pogrążyłam się w błogiej ciszy. Nie wiem ile minęło czasu gdy tak leżałam i wpatrywałam się w sufit. Myślałam o tym co usłyszałam. Nie miałam wątpliwości co do tego, że chodzi o mnie ale pytania nasuwały się same: O co chodzi? Gdzie mam się udać? I czemu to tak wzburzyło Colina? Przez pewien czas pozostawałam w bezruchu. Dopiero gdy Mae wyszła podniosłam się i odsunęłam zasłonkę. Ze zdziwieniem spostrzegłam, że jestem ubrana w długą do kolan koszulę nocną. Pomieszczenie, w którym się znajdowałam było dość małe. Wszytko tu było beżowe. Zasłonka, za którą spałam, firanki w oknach poruszane wiatrem, puszysty dywan na podłodze, fotel w kącie. Beż zaczynał irytować. Podeszłam do okna, rozsunęłam firany i zalało mnie jasnozielone światło poranka. W jednej chwili przypomniało mi się co działo się poprzedniego dnia. Gaudium, hipnotyczne śpiewy, smocza mozaika, i głos w mojej głowie... Poczułam strach, przed dziwnym głosem, tym co widziałam, słyszałam. Miałam ochotę wyjść z tond i pobiec w las. Wspiąć się na drzewo i uciec przed tym wszystkim. W tym momencie usłyszałam skrzypnięcie drzwi, ktoś ostrożnie zaglądał do środka. Obróciłam się szybko i odetchnęłam z ulgą- Colin. Miałam ochotę podbiec do niego, przytulić i zacząć płakać, ale biorąc pod uwagę, to że niedługo miałam gdzieś wyruszać a on bał się o mnie nie mogłam pokazać przyjacielowi jak jestem słaba. Nie wybaczyłabym sobie gdyby się zamartwiał. Zamartwiał bardziej niż teraz. Starałam się przybrać wrażenie rozluźnionej.
- Witam, witam. Co pana skłania w moje skromne progi panie fiołku? - Zdobyłam się na uśmiech. Przezywałam tak Colina z powodu kwiatka z którego się narodził - fiołka właśnie.
- I jak księżniczko, boli głowa? - Jego uśmiech również był blady.
- Nie, nic mi nie jest. Tak mi się zdaje... - Coś na mojej twarzy wyraźnie sprawiło, że domyślił się co słyszałam. Usiadł ciężko na łóżku, na którym wcześniej leżałam.
- Witam, witam. Co pana skłania w moje skromne progi panie fiołku? - Zdobyłam się na uśmiech. Przezywałam tak Colina z powodu kwiatka z którego się narodził - fiołka właśnie.
- I jak księżniczko, boli głowa? - Jego uśmiech również był blady.
- Nie, nic mi nie jest. Tak mi się zdaje... - Coś na mojej twarzy wyraźnie sprawiło, że domyślił się co słyszałam. Usiadł ciężko na łóżku, na którym wcześniej leżałam.
- Wiesz co Mae chce zrobić? Słyszałaś...? - Zawahał się na moment. - Ona chce żebyś udała się do stolicy... Sag... Ja... Ja próbowałem ją przekonać ale nie chciała... Nie wiem czemu... - Nie słuchałam go już. Stolica? Myślałam, że... Sama nie wiem co myślałam wcześniej. Może o podróży do pobliskiej wioski? Stolica elfów Valiisja nie znajdowała się daleko lecz ją i Faaharien dzielił zdradliwy las. Kelpie, centaury, ogniki bagienne. To tylko kilka z niebezpieczeństw czających się w lasach. Nigdy nie oddalałam się od domu dalej niż za rzekę do Faaru, małej rybackiej wioski, po ryby i haczyki ale nie zapuszczałam się dalej. Oczywiście wystarczyło iść w górę rzeki co nie stanowiło problemu dla zwyczajnego elfa nawet zimą, ale ktoś taki jak ja - niemagiczny miał małe szanse. Zwłaszcza zimą.
- Sagi? Wiesz, ja w ciebie wierzę... Ale... Zrozum... - Rozumiałam o co mu chodzi. Mogłam zginąć.
- Sagi? Wiesz, ja w ciebie wierzę... Ale... Zrozum... - Rozumiałam o co mu chodzi. Mogłam zginąć.
***
Biały, szaro nakrapiany i osiodłany koń czekał na mnie na placu. Mae dała mi jeden dzień na zebranie się a teraz miałam już wyruszać. Ubrałam się jak najcieplej. Dwie pary skarpet, buty z skóry rena. Spodnie, dwie koszule, kurtka, czapka z pierzem i dodatkowo wilcza skóra. W obrębie miasta było ciepło gdyż chroniła go magia ale poza nim temperatura była lodowata. Do troków konia włożono mi jedzenie (suszone mięso, placki chleba kassawy, suszone owoce, zioła i korzenne ciastka) i bukłaki z wodą i małą manierkę chichy - napoju z owoców i alkoholu. Oczywiście były tam też koce, mały namiot i kilka innych niezbędnych przyrządów. Broń miałam przy sobie. Wąski, półtoraręczny miecz wisiał w skórzanej pochwie u pasa, pięć małych noży do rzucania znajdowało się w pasie i oczywiście mój łuk i kołczan zarzucone były na plecy. Żartowałam, że brakuje mi już tylko pełnej zbroi. Pożegnanie nie należało do wylewnych. Przybyli tylko Colin i kilku moich znajomych, więc ich wyściskałam. Mae się nie zjawiła. Moje myśli krążyły więc po rozmowie którą odbyłyśmy na parę godzin przed wyjazdem:
- Masz już wszystko? - Mae nie wyglądała na przejętą moją ewentualną śmiercią.
- Tak... Chyba tak... Muszę jeszcze napełnić bukłaki.
- To dobrze... - po tych słowach zapadła pełna oczekiwania cisza. Mae złożyła ręce na podołku. Siedziała na beżowym fotelu w lecznicy, spotkałam ją idąc po lecznicze zioła. - Widzisz Sagitto... Twój brak... Talentu magicznego nie jest dobry. W stolicy przejdziesz odpowiednie szkolenie i mam nadzieję, że twoje moce się odblokują. - Wyjęła coś z przypasanej sznurkiem do błękitnej sukni sakwy. Elfica wyglądała jeszcze starzej niż zwykle. Jej białe włosy upięte w kok na czubku głowy odsłaniały pokrytą gdzieniegdzie zmarszczkami twarz. Zaczęłam zastanawiać się ile może mieć lat. Wyciągnęła rękę i wręczyła mi białą kopertę. - Musisz dać ten list strażnikowi przed pałacem magów. Nie zgub go!
- Ja... będę o niego dbać. - Mae jednak zerkała na mnie podejrzliwie jakbym miała wstać, rozerwać list na kawałki i uciec.
- Czy mogę się ciebie o coś spytać?
- Chyba tak.
- Co się dokładnie stało wtedy, w świątyni? - Spodziewałam się tego pytania. Dotychczas opowiadałam, że po prostu zasłabłam, miałam zwidy lub nie zjadłam śniadania ale przed oczami kapłanki nie dało się nic ukryć. No, nie dało się wiele ukryć.
- Sama nie wiem... Słyszałam głos, gdy patrzyłam na smoka a potem po prostu zemdlałam...
- Co mówił tan twój "głos"? - W tym momencie uznałam, że część prawdy muszę zataić.
- Moje imię. - Odparłam szybko. Za szybko, bo kapłanka wody przyjrzała mi się podejrzliwie.
- Skoro tak... Dobrze, idź, życzę powodzenia.
***
Wsiadłam na konia, który zarżał cicho. Poklepałam go po szyi i spięłam wodze. Ostatni raz pomachałam Colinowi i ruszyłam przed siebie. Nie oglądałam się już. Początkowo droga wiodła wyłożoną kamieniami drogą. Mijałam znajome uliczki, grupa elfów machała mi z okna. Po minięciu ostatnich wieżyczek obronnych droga zamieniła się w piaskowy trakt. Tu jeszcze bywałam. Po swojej lewej miałam pola, gdzie kilka elfek tkało magię by przyspieszyć wzrost plonów. Po prawej był las. Ale jeszcze ten las znajomy, w którym czasem polowałam, ścigałam się i ćwiczyłam. W którym znałam jeziorka kelpii i wiedziałam gdzie umknąć przed drakainą. Już nie długo to się skończy... Popędziłam konia i puściłam galopem by nie myśleć o tym co zostawiam. Jak zwykle w takiej sytuacji poczułam się niemal wolna. Pęd konia, wiatr wiejący w twarz, zapach zboża i lasu, to wszystko sprawiało, że czułam się niesamowicie. Jednak coś sprawiało, że to uczucie było nie pełne. Spojrzałam w górę na szybującego sokoła. Latanie... Latanie było jednak czymś za co dałabym bardzo wiele... Galopowałam długo, z krótkimi postojami by napoić konia i siebie i odpocząć trochę. Po zmroku dotarłam do Faaru. Poprosiłabym o nocleg w karczmie ale uznałam, że powinnam przyzwyczajać się do noclegu na twardej ziemi. Rozbiłam obozowisko na skraju lasu, przy rzece i przenocowałam tam. Rano poszłam do wsi po trochę chleba a potem osiodłałam konia i przebyłam rzekę w najpłytszym miejscu. Od tego czasu musiałam bardziej uważać. Teraz znalazłam się na dzikich ziemiach.
***
Już drugi dzień podróżowałam przez las zwany Metasia. Nie było tak źle jak myślałam. Najstraszniejsze okazało się zimno. Koń również nie znosił go najlepiej. W czasie jednego z postojów okryłam go kocami i weszłam kilka kroków w las. Zwykle go unikałam gdyż podróżowałam wąziutką ścieżką wzdłuż rzeki, teraz jednak dostrzegłam niedalekie jeziorko. Zapasy powoli zaczynały się kończyć a o ile koń mógł kopytem wygrzebać sobie trawę spod śniegu ja nie miałam takiej możliwości. Zanurzałam się krok po kroku w las. Moje oczy myśliwego lustrowały przestrzeń dookoła. Gdy dotarłam do jeziorka okazało się, że jest zamarznięte. Pod spodem widziałam jednak parę razy przemykające ryby. Nożem wycięłam w miarę okrągły otwór i zanurzyłam prowizoryczną wędkę zrobioną ze zwykłego patyka, nitki i haczyka, na którego końcu zaczepiłam kawalątek chleba. Wątpiłam w powodzenie połowu, ale koń musiał odpocząć a ja nie miałam nic do stracenia. Odprężyłam się i pozwoliłam myślom latać swobodnie po mojej głowie. Nie straciłam jednak czujności i po chwili usłyszałam coś jakby głuche uderzenie. Bum. Rozejrzałam się i nic nie wypatrzyłam. Bum. Moje oczy zwróciły się w kierunku stawu. Bum. Dostrzegłam duży ciemny kształt przemieszczający się pod powierzchnią lodu i upuściłam wędkę. BUM! Lód rozłamał się i woda wyprysnęła ochlapując mnie. Z wody wynurzyła się kelpia. Głowa czarnego konia. Czerwone oczka błyszczały nienawistnie a paszcza rozwarła się ukazując spiczaste zęby. Chyba przerwałam jej sen zimowy. Potwór wydał z siebie dziwny mrożący krew w żyłach dźwięk. Coś pomiędzy wściekłym rykiem a wyciem wiatru. Widziałam kelpię dwa razy życiu. Raz w szkole na obrazkach pokazywanych przez nauczyciela, gdy porównywaliśmy je do podobnych, ale roślinożernych hipokampów a za drugim prawdziwą kelpię. Siedziałam na drzewie i patrzyłam bezsilnie jak pożera wielkiego niedźwiedzia. Potrząsnęłam głową. To nie był czas na rozmyślania. Moje ręce same sięgnęły i zdjęły łuk z pleców. Chwyciłam strzałę i wystrzeliłam w oko stwora co jeszcze bardziej go rozsierdziło. Już miałam zamiar uciekać ale nagle z wody wynurzył się ostro zakończony ogon i powalił mnie na ziemię. Krzyknęłam gdy poczułam ostry ból w boku. Uderzenie posłało mnie na bok i uderzyłam boleśnie w pień drzewa. Mimo bólu udało mi się jakimś cudem wyciągnąć miecz i odparować kolejne uderzenie. Nie do końca gdyż jeden ze szpikulców na ogonie drasną mnie w twarz. Lewą rękę przycisnęłam do boku, z którego leciała krew. Byłam pewna, że umrę. W tym momencie jednak nadbiegł mój koń, prawdopodobnie zaalarmowany krzykiem. Konie hodowane przez ludzi są strachliwe i głupie ale konie elfickie są wstanie nawet oddać życie za swojego jeźdźca. Mój stanął na zadnich kopytach i zarżał co zwróciło uwagę morskiego potwora. Ja tymczasem wstałam i opierając się o drzewa od kuśtykałam jak najdalej. Gdy znalazłam się w bezpiecznej odległości natychmiast odwróciłam się i drżącymi rękoma ponownie sięgnęłam po łuk. Wystrzeliłam kilka strzał ale potwór przestał się mną przejmować. Jego nabijany kolcami ogon szykował się do kolejnego uderzenia tym razem śmiertelnego. Miałam ochotę krzyczeć by mój koński przyjaciel uciekał ale nie byłam w stanie wydobyć z siebie głosu. Niemal czułam opuszczającą mnie krew. Bezsilnie patrzyłam jak dzielny koń pada i zostaje rozszarpany na strzępy i pożarty. Jakby tego było mało usłyszałam syczenie i ciche przekleństwa. Swoim wrzaskiem zwabiłam tu drakainy. Rozejrzałam się i uznałam, że najbezpieczniej schować się w rozłożystych korzeniach pobliskiego drzewa, więc w połowie dokuśtykałam, w połowie doczołgałam się do wybranego miejsca. Gdy ukryłam się dostrzegłam, że z pewnością zginę. Drogę do mojej kryjówki znaczyła moja własna krew doskonale widoczna na białym śniegu, no i ślady. Jeśli wężowe kobiety mnie nie wyczują to wypatrzą. Zrozumiałam, że to koniec. Że nie sprostałam zadaniu. Zostanę pożarta przez potwory. Zakręciło mi się w głowie. Nie, pewno raczej najpierw zdechnę z braku krwi. Poczułam, że nie mam już sił, zamglonym wzrokiem wpatrywałam się przed siebie i dostrzegłam dwie drakainy. Ich twarze byłyby ładne gdyby nie szpeciły ich rozdwojone języki smakujące powietrze i kły. Od pasa w dół miały długie wężowe ogony i poczułam, że mi niedobrze. Słyszałam jak komentują ślady w śniegu, zaraz mnie dostrzegą... W tym momencie jednak moje oczy zalała fala światła i wściekłe ujadanie oraz wycie. Poczułam jak ktoś pochyla się nade mną i do mojego nosa dostała się woń mokrego futra. Potem straciłam świadomość.***
Nawet gdy otworzyłam oczy nie widziałam nic. Poczułam, że mam coś na oczach i chciałam to zdjąć ale ktoś mnie powstrzymał.
- Śnieg może cie oślepić - Odezwał się łagodny kobiecy głos - Poczekaj chwilę. - Usiadłam po turecku (nie wiem czy mają tam turków dop. Aut) i po chwili poczułam gorąco, jakby ktoś rozpalił wokoło mnie z dziesięć ognisk. - Już możesz. - Ściągnęłam więc szybko opaskę i zamarłam. Siedziałam w pozbawionym śniegu okręgu na środku którego płonęło ognisko. Po drugiej stronie siedziała cała wataha wilków. Przyglądałam się im z szeroko otwartymi oczyma.
- Spokojnie, są ze mną. - Nie byłam pewna czy zaufać słowom kobiety, która usiadła po mojej prawej. Ubrana jedynie w zwiewną szarą suknie i szaro niebieski płaszcz nie wyglądała naturalnie na tle zasp śnieżnych. Miała długie czarne włosy, bladą cerę i uśmiechała się przyjaźnie. Nagle poczułam coś dziwnego. Brak bólu. Złapałam się za prawy bok zraniony kolcem kelpii. W ubraniu widniała dziura ale na mojej skórze nie było nawet blizny.
- Magia. - Syknęłam a kobieta roześmiała się.
- W twoich ustach to brzmi jak przekleństwo. - Zerknęła na mnie ale ja nie zamierzałam wyjaśniać. Nie potencjalnemu wrogowi. - To mogę przynajmniej wiedzieć jak masz na imię? - Zagadnęła. - Komu uratowałam życie? - No tak, to by było niewdzięczne, uratujesz komuś życie a on nawet nie powie ci imienia.
- Sagitta.
- Ładne imię... - Zamyśliła się - Ja jestem Louve. A to... - wskazała na wilki - To jest moje stado. Oh! Pewnie jesteś głodna! - Wykrzyknęła i zaczęła krzątać się przy ognisku. Ja w tym czasie przyglądałam się wilkom, były naprawdę piękne. Nagle zorientowałam się, że siedzę w samym środku lasu i czuję się całkiem bezpieczna i... Uświadomiłam sobie ze wstydem... Nie podziękowałam nawet za uratowanie życia.
- Louve... - odezwałam się nieśmiało, nie byłam pewna czy mogę tak do niej mówić.
- Hmm?
- Dziękuję... - Ku mojemu zdumieniu roześmiała się.
- Nie dziękuj mi! To wilki zaprowadziły mnie do ciebie. - Po czym wróciła do przygotowywania posiłku. Nagle jeden z wilków, młody, prawie jeszcze szczenie podszedł bliżej i położył się metr ode mnie przyglądając mi się bacznie
- Chyba cie polubił. - Mruknęła Louve.
- Ma jakieś imię? - Nie wiem czemu nagle mnie to tak zainteresowało.
- Curitto - Szybko biegnący. Spróbuj z nim porozmawiać. - To mnie trochę przestraszyło, nie chciałabym mieć odgryzionej ręki ale chciałam zaryzykować. Wyciągnęłam ją w kierunku Curitto.
- Curitto... - Mówiłam cicho i spokojnie. - Curitto, podejdź. - Wilk nastawił uszy i podniósł głowę. - Curitto... - Wilk wstał i podszedł do mojej ręki powoli, węsząc zapamiętale. Obwąchał moją rękę więc wyciągnęłam ją dalej by spróbować go dotknąć. W tym momencie warknął, wyszczerzył kły i oboje odskoczyliśmy a Louve postawiła przede mną jedzenie. Potrawkę z mięsa i chleb. Czułam się urażona zachowaniem Curitto i zawstydzona. Kobieta poklepała mnie po ramieniu.
- Musisz dać się im przyzwyczaić. Muszą cie zaakceptować... - przyjrzałam się jej uważnie. Jej rysy były... dziwne... Jakby elfie ale jednak... niekoniecznie... Zszokowana uświadomiłam sobie komu zawdzięczam życie. A moje palce samowolnie zacisnęły się na sztylecie.
- Ty... Ty jesteś mieszańcem...
______________________________________________________________________________
Tak wiem dialogi zrąbane >.< W zamian dużo foci mam mnóstwo Sagitt ale jeszcze nie nadszedł ich czas. Nadal nie mogę doczekać się tego smutnego momentu ^^ wydarzy się za jakieś dwie... trzy notki. No i takie małe co nieco na wspomnienie starych dobrych czasów:



Przepraszam złotko, że dopiero teraz się odzywam, ale jak naspamiłaś u mnie na blogu, to nie mogłam tego zignorować... Tak naprawdę, to czasu nie miałam, by czytać jakiekolwiek nocie. Mało na kompie bywam, bo byłam ostatnio niegrzeczna :3 Ale już się poprawiam!
OdpowiedzUsuńHistoria staje się coraz ciekawsza. Bardzo spodobał mi się opis ataku kelpi, a ten wilczek, awww *.* Mam wielką nadzieję, że będzie on towarzyszył w dalszej podróży Sagitty. Jeśli nie, to uduszę! xD
W ogóle, to chciałam ci podziękować za komentarza u mnie, ale przez tego spama, ty niewyżyta spamerko, chyba zrezygnuję... i podziękuję ci dwa razy :D Muahaha ;>
Leeeenuś! Ja go nadal lubię! <3 A w takich paczałkach też mu słodko :3
A na koniec jeszcze jedno - bardzo, a to bardzo podoba mi się nowy szablon bloga. Wnerwia trochę to poziome przewijanie, ale nic nie poradzę.
Pozdrawiam!
Kocham Lena!
OdpowiedzUsuń<3!
Przywróciłam bloga!
Zapraszam!
http://blogzakreconejnastolatki.blogspot.com/