Na początku nie było nic. Nie było świata, galaktyk, wymiarów, asteroid, planet, gwiazd... Nie było ludzi, elfów, krasnoludów, sylvanii, kelpii, gryfów, harpii... Nie było nic. Nie było nawet ciemności, która nie istnieje gdyż jest ona po prostu brakiem światła. A potem nadleciała Pustka. Ogromna i potężna. Z ciemnymi fioletowo-czarnymi łuskami i ogromnymi skrzydłami. A potem nadeszła Pełnia. Wleciała machając majestatycznie wielkimi białymi skrzydłami i rozsiewając wszędzie srebrne gwiazdy. Była również wszystkim bo z Pustką tworzyła jedność. Dopełniały się wzajemnie, jak jin i jang. Były wszystkim bo poza nimi nie było nic. Ale tylko razem. Oddzielnie nie były niczym, bo czymże jest pustka bez pełni? Pustka nie istnieje bo jest tylko brakiem pełni. Pełnia nie istnieje bo jest jedynie brakiem pustki. Z Pełni i Pustki narodzili się bogowie. Bogowie żywiołów: Vuur - pan ognia, Uisce - władczyni wody, Aarde - mistrz ziemi, Hewa - królowa powietrza. Nie towarzyszyło temu wielkie odkrycie, coś specjalnego, rozbłysk czy wybuch. Pojawili się nagle, ale powoli i spokojnie, cichcem. I oni uśpili smoczyce. Ułożyli do snu, przytulone i zwinięte w kulę i uśpili pieśnią. I na ich ciałach stworzyli pierwszy świat. Aarde przyoblekł Pustkę i Pełnię grubym kożuchem ziemi. Uisce sprowadziła wodę: wielkie oceany i małe górskie potoki. Vuur ocieplił planetę. Stworzył dwa tańczące po niebie słońca. Hewa otoczyła to wszytko ochronną warstwą swojego żywiołu. A potem zaczęli tworzyć. Wspólnie stworzyli Pradawnych, lecz później każde z nich rościło sobie do tej rasy prawa. By uniknąć konfliktów zniszczyli ich doszczętnie. Bogowie, wszechmocni i potężni nie mogą się spierać, to wywołało by apokalipsę. Ustalili zatem, że każdy stworzy własnych poddanych. Przed rozpoczęciem prac stworzyli ludzi na swoje podobieństwo by inne stworzenia utworzyć na ich przykład. Ze skóry, kości, mięsa ale z duszą. Potem każdy zajął się sobą. Aarde ulepił krasnoludy. Niskich, krzepkich i silnych, zdolnych rzemieślników, jak i również (m. in) wszelkie drzewa, kwiaty, krzewy i każdą roślinę jaka istnieje. Zajął się również ludźmi. Vuur stworzył damantusów. Stwory - cienie, zrodzone z ognia, cienia i popiołów. Ale też feniksy, gryfy i wszystko co związane z ogniem. Uisce uznała że na ziemi zbyt wiele jest już życia i wstąpiła w wody planety nazwanej przez bogów Allesja. Powołała do życia syreny i trytony, ryby i morskie potwory. Z ogonami i inteligencją by zawładnęli dopóty pustymi morzami. Jedynie Hewa nie postąpiła tak jak reszta. Zanim Vuur stopił w ogniu Pradawnych uratowała z nich kilku i przemieniła w stworzenia nazwane przez nią Valijami. Miały spiczaste uszy, były piękne wysokie i (jak większość Allesyjskich stworzeń) uprawiały magię. Miały również skrzydła jak ptaki, które również przywołała na ten świat ze swoich myśli. Jednak pozostali bogowie dowiedzieli się o jej oszustwie. Na początku chcieli zniszczyć Valijiów ale Hewa ubłagała ich by tego nie robili. Jednak wszyscy wiedzieli, że Hewa musi ponieść konsekwencje, ona a właściwie jej naród musiał dostać karę. Było nią pozbawienie Valijiów skrzydeł i przytwierdzenie ich na wieki do ziemi już pod nazwą elfów. Hewa prosiła i błagała gdyż wiedziała jaki ból może to sprawiać urodzonym w powietrzu lecz jej bracia i siostra pozostawali nieugięci. Łzy zrozpaczonej bogini powietrza wsiąkły w ziemię i dotarły aż do Pustki i Pełni. Smoczyce ulitowały się nad nią i utworzyły na swoje podobieństwo smoki a potem znów pogrążyły się we śnie. Przedtem nakazały, że jeśli elfy zostaną ich przyjaciółmi i towarzyszami będą mogły razem z nimi cieszyć się podniebną podróżą. Jednak dumne i chełpliwe elfy nie chciały być uzależnione od joków (joka to smok w suahili. dop. aŁt) i na przekór wszystkim, choć z bólem sercach, nauczyły się kochać przyrodę i na znak swej wiecznej hańby wybudowały odcięte od świata miasta w najgęstszych lasach by ukryć się przed resztą. Mimo to także ich dotknęła wojna. Gdy bogowie ruszyli tworzyć inne światy i galaktyki stworzenia z Allesji zaczęły ze sobą walczyć i elfy, których było bardzo mało niemal wyginęły. Wielu z nich porwali damantusowie i zamknęli pod ziemią by wyzyskać z nich magię. Więzienie stworzone z czystej magii skupionej w postaci niezwykle mocnej bariery było niezniszczalne. By "wydusić"z Heawian (inna nazwa elfów. dop. aŁt.) ich moc, damantusowie wykorzystywali wiele ich przerażających stworów. Elfy na zawsze zniknęły by ze świata gdyby nie smoki. One właśnie za pomocą swojej magii zniszczyły mur i zabrały porwanych do ich królestwa. Elfy przekonały się do smoków i chciały skorzystać z poprzedniej oferty, niestety, olbrzymie jaszczury pamiętały z jaką pogardą potomkowie Valijii odnieśli się do nich i postawiły warunek: Zgodzą się na to pod warunkiem, że elfy podarują im trzy magiczne symbole żywiołów. Była to misja niemal niemożliwa do spełnienia. Mimo to pakt został zwarty. Jeżeli elfy przyniosą im symbole żywiołów dwie rasy, elfów i smoków staną się przyjaciółmi i sprzymierzeńcami. Wiele minęło milionów lat od zawarcia paktu, wielu odważnych próbowało, ale żadnemu się nie udało. Jeżeli jednak kiedyś stanie się to co powinno smoki będą musiały wywiązać się z obietnicy. I aniołowie powstaną...
____________________________________________
No to tak średnio wyszło. Jeszcze z okazji świąt króciutka historyjka nie związana z tematem ale prawdziwa, możecie w tym miejscu dopuścić, nie będę miała żalu, w końcu nie mogłabym go mieć do kogoś kto dotarł aż tutaj... To dla wszystkich, którzy nie wieżą że Koty mają uczucia i są wredne ^^ i dla tych którzy kochają je tak jak ja :3. Posłuchajcie:
Mam kota. Jest to ten rodzaj kotów, które jak człowiek widzi na ulicy krzyczy "O mój Boże jaki słodki!". I zatrzymuje się żeby pogłaskać. Długa, ciemnoszara, gęsta i puchata sierść, taka mięciutka... Sprawiająca, że zdaje się większy niż w rzeczywistości (choć jest duży). I te oczy... Takich oczu nie mają normalne koty. Niby złote ale jak się w nie spojrzysz to widać zarówno zieleń, turkus i błękit jak i czerń może nawet z nutą pomarańczy. I jeszcze (zależy oczywiście od tego kim jesteś) to spojrzenie: Pogardliwe i dumne. Dla wybranych łaskawe i rozkazujące (coś w stylu "jak mnie nie podrapiesz pod brodą to gnij w piekle"). Jest on leniwy, rzadko kiedy dostaje "kociej gorączki"za to lubi się włóczyć po wsi. Cholernie mądry kot którego kocham z wzajemnością. Ja z kolei jestem kocią mamką. Mam psa, którego również kocham, no ale koty to jednak jest to... Do bezpańskiego psa bym nie podeszła. Ale do kota?! Koty są potomkami bogów (jestem absolutnie pewna) i im należy się pokizianie i pomizianie. A ja jako zaklinacz kotów znam ich czułe miejsca więc to właściwie mój obowiązek. No ale koniec o mnie! Mówiłam o cudzie natury! Właściwie zupełnym przeciwieństwie kota mojej babci, który przyjechał na święta i został umieszczony w moim pokoju. Jestem (poza samą babcią i jej siostrą) jedyną osobą przez niego tolerowaną ( i to ledwo) ale jak na takiego dzikusa to i tak wiele. Jest to pospolity dachowiec. Czarno biały kot z przeciętnymi żółtymi oczami. Ciągle wydaje z siebie psie warkoty i wężowe syczenie tak irytujące, że nawet raz mój ukochany odpowiedział tym samym. I zwykle jest tak, że oba koty siedzą u mnie w pokoju. Mój - z przywiązania do miejsca jako swojego i Babci - z przymusu. Wczorajszego wieczora B (tak nazwijmy dachowca) siedział pod krzesłem stojącym obok drzwi i jak zwykle wydającym z siebie odgłosy będące prawdopodobnie odpowiednikiem ludzkiego darcia mordy. No więc B darł mordę a M (to będzie mój kitek) ignorował go jak zwykle. Ja siedziałam przy kompie i pisałam kolejną część opowiadania, gdy nagle poczułem że muszę iść za potrzebą. No to ruszyłam do wyjścia i nagle z pod krzesła wydobył się wężowy syk i wychynęła czarno biała łapa by wylądować na mojej nodze. Nie bolało zbytnio, jeden z tych rodzajów bólu kiedy marszczysz nos a po chwili jest już po wszystkim. Jednak M się to nie spodobało podszedł do B nastroszył się cały i wydał z siebie dzikie miałknięcie. Nie za głośne ale niskie i złowróżbne. Potem coś pomiędzy syczeniem a warczeniem i położył się tak jak wściekły kot. Na placach z rozczapirzonymi pazurkami, otwartym pyszczkiem i całymi czarnymi oczyma. Wyszłam i opowiedziałam o tym tacie a słysząc u góry (mój pokój) głuche uderzenie wbiegłam szybko do pokoju. M nadal si wił a B patrzył z przerażeniem. Nie wiem dokładnie co się stało ale dziś łasi się do mnie przymilnie a jak zdarzy mu się drapnąć patrzy z przestrachem i znów zaczyna się łasić. Jak mawia mój tata: "Przynajmniej masz kota bojowego, psa bojowego nie masz to cie nie obroni ale kot..."
Marry Christmas niziołki! I prezentów moc niech będzie z wami!
Haha, ale mi humor poprawiłaś tą historyjką o kotach XD Sama mam takiego słodziaka ( rudy, biały brzuszek i szmaragdowe oczy) - i w ogóle to dziewczynka XD Ostatnio się z nią bawiłam, a to, że stworek mały to lubi drapać :D Nagle se stanęła i się zaczęła paczeć na moją twarz, a po chwili bach! i łapą mnie potraktowała w policzek XD Bekę miałam przednią xD
OdpowiedzUsuńNo, ale jak zwykle się rozpisuję nie na temat ^^'
Co do stworzenia świata to jestem z ciebie dumna, krakenku :* Kto by wpadł na pomysł, że sklepieniem są dwa smoki? Tylko ty :D Cudnie, cudnie, nawet nie wiem co napisać więcej XD
Oczywiście mi się obie historię podobały :3
Wenyyy!
Oh, bo się zarumienię xD koty rządzą!
Usuńkoty ssą psom!
UsuńMiałam wrażenie, że naprawdę czytam elfią mitologię^^
OdpowiedzUsuńKoty rządzą! :D
Fajny micik. :D Jakbym czytała mitologię, którą przerabiałam z milion razy w szkole więc uwierz mi wiem co mówię :D... Kot to chyba krzyżówka z psem :D Jak czytałam o tym, że się wił to mi na myśl przyszło opętanie przez demony. Chyba się za dużo Supernatural naoglądąłam :)
OdpowiedzUsuńDeana Winchester